Aktualności
presented by

Blog

02/02/2016

Niespodzianki, rozczarowania, rekordy – tak minęły dwa tygodnie z EURO 2016

O kreatywności Julena Aguinagalde, przemianie Tobiasa Reichmanna i akrobatycznych wybrykach Michała Jureckiego
  • Photo: Sascha Klahn

Przygoda z EHF EURO 2016 dobiegła końca. Wypadałoby więc sporządzić jakieś podsumowanie wydarzeń minionych dwóch tygodni. Poniżej znajdziecie wszystko to, co najbardziej zapadło mi w pamięć. To, co wywołało największe emocje, najszerszy uśmiech na twarzy i to, z czego jako Polka (i kielczanka) mogę być najbardziej dumna. Panie i Panowie, poniżej totalnie subiektywne „naj” EURO 2016.

Największa niespodzianka

Konia z rzędem temu, kto przed turniejem w Polsce postawił na zwycięstwo Niemców! Nie sądzę, żeby wielu w ogóle widziało młody zespół Dagura Sigurdssona w półfinale. Zwłaszcza, że jego ekipa została niemal spustoszona kontuzjami.

Tuż przed EURO ze składu wypadł duet genialnych skrzydłowych, Uwe Gensheimer i Patrick Groetzki, a wcześniej obrotowy Patrick Wiencek. Do tego brak Silvio Heinevettera, a w trakcie samego turnieju urazy Steffena Weinholda i Christiana Dissingera – nie wyglądało to najlepiej.

Ale Niemcy rozkręcali się z meczu na mecz i udowodnili, że w sporcie nie ma osób niezastąpionych. To, co wyczyniał w bramce Andreas Wolff było niesamowite! To, jak szerokim wachlarzem rzutów ze skrzydła popisywał się Tobias Reichmann wprawiało kibiców w osłupienie. Wreszcie to, jak cały zespół zdeklasował Hiszpanię w wielkim finale, postawiło kropkę nad i w przygodzie Niemców na polskiej ziemi.

Najboleśniejsze rozczarowanie

Dla mnie, jako Polki, zdecydowanie zakończenie turnieju przez biało – czerwonych dopiero na siódmym miejscu. Różni eksperci różnie wypowiadali się przed EURO na temat potencjału gospodarzy, ale raczej mało kto zakładał, że nie zobaczymy podopiecznych Michaela Bieglera przynajmniej w półfinale.

Reprezentacja Polski może nie zachwycała wspaniałą, poukładaną grą w pierwszych spotkaniach z Serbią i Macedonią, ale po kosmicznym widowisku stworzonym w meczu z Francją, nadzieje kibiców wypruły do przodu z zawrotną prędkością. Media wieszały już naszym chłopcom medale na szyjach, niewiele robiąc sobie z ich upomnień, że to może jednak za wcześnie.

Później była „wpadka” z Norwegią (choć patrząc na postawę skandynawskiego zespołu w całym turnieju, słowo to nie jest chyba trafione), spokojne, niezbyt emocjonujące zwycięstwo z Białorusią i wreszcie sromotna klęska z Chorwatami.

Szczerze? Przed starciem z zespołem z Bałkanów, wyśmiałam chorwackiego dziennikarza, który powiedział, że jak najbardziej wierzy w te jedenaście bramek, otwierających jego drużynie wrota do raju. Ale biało – czerwoni popełniali karygodne błędy w ataku, gubili piłkę, obijali słupki i byli bezlitośnie kontrowani przez rywali z szybkonogim Manuelem Strlekiem na czele. Efekty? Czternastobramkowa porażka, odpadnięcie z turnieju i dymisja Michaela Bieglera.

Największe objawienie turnieju

Przyznam szczerze, że wahałam się pomiędzy dwoma zawodnikami – Andreasem Wolffem i Tobiasem Reichmannem. Ciężko mi znaleźć słowo, którym można by określić niektóre interwencje gracza Wetzlaru, bo przymiotnik ‘spektakularne’ zdaje się być niewystarczającym. Wydaje mi się jednak, że po najlepszym bramkarzu Bundesligi każdy spodziewał się dobrego występu.

Nieco inaczej sprawa miała się z Reichmannem, który pierwotnie miał być raczej zmiennikiem Patricka Groetzkiego. W sytuacji, gdy awansował na podstawowego prawego skrzydłowego, mocno przekroczył oczekiwania kibiców.

Zawodnik zaskakiwał skutecznością, szybkością, finezją, sprytem i wachlarzem rzutów. W skrócie: wszystkim tym, czym może zaskakiwać skrzydłowy. Do tego niemal bezbłędnie egzekwował karne (90% skuteczności) i stał się swego rodzaju liderem zespołu.

Pamiętam pierwsze treningi Tobiasa w Kielcach. Od początku hipnotyzował szybkością i skocznością. Miałam jednak wrażenie, że czegoś mu brakuje. Może pewności siebie, może zawziętości, temperamentu. Wydawał się być nieco zagubiony w nowej drużynie, w nowym kraju. W tym sezonie, jeszcze przed mistrzostwami, zawodnik zaczął się zmieniać. Wreszcie, w samym turnieju stał się facetem, który poprowadził swój zespół do zwycięstwa. Nie tylko efektownymi bramkami i wysoką skutecznością, ale także (a może i przede wszystkim) emocjonalną postawą, którą motywował kolegów.

W pełni zasłużenie został wybrany do drużyny All Star. Z dorobkiem czterdziestu sześciu bramek, zabrakło mu jedynie dwóch do najlepszego strzelca EURO 2016, Valero Rivery.

Najbardziej przyjazna drużyna

To miano bezapelacyjnie należy się Hiszpanom, którzy zdominowali media społecznościowe zabawnymi zdjęciami z szatni i nie tylko. Śledząc Twitterowe ćwierkanie zawodników, jestem niemal pewna, że głównym pomysłodawcą akcji był Julen Aguinagalde.

Inspiracji do zdjęć nie brakowało – Spiderman, gangsterskie porachunki, gesty niemowląt – widać, że świeżo upieczonemu tacie kreowanie wizerunku swojego zespołu sprawia po prostu ogromną frajdę. Ostatecznie mistrzom świata z 2013 roku nie udało się zdobyć złota, ale w wypowiedziach Hiszpanów tuż po meczu nie znalazłam grama rozżalenia. Wielkie ukłony dla Niemców, zadowolenie z drugiego miejsca i pokorne przyznanie wyższości rywala.

Nawet Manolo Cadenas potrafił z ogromnym dystansem żartować z tego, że w Polsce jest po prostu skazany na srebro. A to z reprezentacją kraju, a to wiecznie przegrywając rywalizację z Vive Tauronem Kielce w polskiej lidze.

Najbardziej ofiarna akcja

Zawodnicy wpadający w bandy to już chyba norma w przypadku piłki ręcznej. Szczególnie w przypadku skrzydłowych, dla których sześć metrów to zdecydowanie za mało na wyhamowanie po szaleńczym sprincie w kontrataku. Ale żeby przez bandę przeskakiwać i to jeszcze wykonując przy tym karkołomną ewolucję a’la salto?! Nawet w siatkówce czegoś takiego nie widziałam.

Brawurowy skok miał miejsce w czterdziestej pierwszej minucie meczu Polska – Norwegia. Najpierw Krzysztof Lijewski w jakiś magiczny sposób wyciągnął piłkę z ręki Magnusa Jondala, który pędził z kontrą w kierunku bramki Sławka Szmala. Lijek wyrzucił ją gdzieś za siebie, samemu z impetem wpadając w pole bramkowe.

Piłkę zmierzającą na aut, za wszelką cenę chciał uratować Michał Jurecki. Zgarnął ją jedną ręką w powietrzu tuż przed bandą reklamową, wykonując coś w rodzaju skoku przez kozła. Prawa fizyki obróciły jednak w locie ciało Dzidziusia do góry nogami, które tym samym wykonało pełny obrót i wylądowało mniej lub bardziej stabilnie na obie stopy. Rozgrywający śmiał się później, że do pełni artyzmu zabrakło jedynie telemarku.

Najciekawszy rekord

EHF EURO 2016 od samego początku pokonywało kolejne bariery. Podczas spotkania Polska – Dania towarzyszącego czerwcowemu losowaniu grup w Krakowie padł rekord oglądalności meczu piłki ręcznej w Polsce.

Runda wstępna i główna zgromadziła na trybunach czterech hal 342 tys. kibiców, co już przebiło frekwencję podczas całego turnieju w Danii przed dwoma laty. Ostatecznie podczas całego EURO 2016 czterdzieści osiem meczów na trybunach obejrzały 400 722 osoby, a w strefach kibica rekordowe 100 tys. kibiców.

Największym osiągnięciem zdaje się jednak być wybór czterech zawodników z jednego klubu do drużyny All Star. Do tej pory najwięcej graczy – trzech – miało AG Kopenhaga w 2012 roku (byli to wtedy Mikkel Hansen, Gudjon Valur Sigurdsson i Rene Toft Hansen). Tym razem poczwórną koronę zgarnęło Vive Tauron Kielce za sprawą Michała Jureckiego, Tobiasa Reichmanna, Julena Aguinagalde i Manuela Strleka. Aż tylu reprezentantów polskiego klubu w zespole gwiazd turnieju rangi mistrzowskiej to ewenement w historii polskiego sportu.

Powyższy screenshot pochodzi ze strony polsatsport.pl

written by Magda Pluszewska