Aktualności
presented by

Blog

31/01/2016

Moda na emocje, czyli samolotem do wiecznej chwały

O tym, czy manifestowanie radości przez zawodników to sposób radzenia sobie z emocjami, czy tylko wykreowana przez media chęć zaistnienia w telewizji
  • Photo: Uros Hocevar

Kontrolowanie emocji to zagadnienie pozostające w szkoleniu piłkarzy ręcznych na uboczu. Z kwestii niezwiązanych stricte ze sportem, tj. taktyką, przygotowaniem siłowym, wytrzymałościowym, technicznym itd., częściej stawia się na komunikację trener – zawodnik, czyli na to, by informacja przekazywana przez trenera trafiała do zawodnika. „Stany emocjonalne piłkarza ręcznego są traktowane po macoszemu” – mówi Wojciech Nowiński, były reprezentant Polski, trener i wykładowca na międzynarodowych konferencjach trenerskich.

Dlaczego? „Bo zawodnik z emocjami i ze stresem powinien radzić sobie sam. Nie powiemy, że ktoś jest wybitnym sportowcem, ale nie radzi sobie z emocjami. Skoro sobie nie radzi, to nie jest wybitny” – twierdzi Nowiński. „W sportach indywidualnych wykorzystuje się psychologów. W piłce ręcznej też, ale ciężko powiedzieć, jak głęboko sięga ich interwencja, bo potrzebna jest indywidualna praca z zawodnikiem” – dodaje.

Fakt, iluż trzeba by psychologów, by zająć się drużyną złożoną z szesnastu chłopa? Każdy z nich to przecież inna osobowość – inny temperament, inna samoocena, motywacja, inne przekonania i postawy. Dlatego też, w piłce ręcznej bardzo istotne są trzy podmioty: trener, koledzy z drużyny i sam zawodnik.

Onesta versus Dujshebaev

Według Nowińskiego, trener w pewnym sensie powinien wziąć na siebie obowiązki psychologa. To właśnie on, w pierwszej kolejności, ma pomóc zawodnikowi, gdy ten sobie nie radzi. Przede wszystkim jednak musi kontrolować sam siebie. „Trener, który traci panowanie nad sobą, nie może być trenerem” – uważa Nowiński – „Może okazywać emocje, ale one nie mogą przeważyć jego działań”.

Negatywne emocje najczęściej biorą się z frustracji. Ta zaś jest efektem niekorzystnego wyniku lub błędnego sędziowania. Trener rzadko traci kontrolę emocjonalną w sytuacji, gdy jego zespół wygrywa. Dlatego na żadnym etapie spotkania nie wolno mu skupiać się na poczynaniach sędziów.

Czy oznacza to, że przez sześćdziesiąt minut trener ma stać przy linii bocznej jak posąg? Absolutnie nie. Choć są i tacy – chociażby Claude Onesta. Czego jego drużyna by nie wymyśliła, Francuz zdaje się nigdy nie tracić opanowania. Z drugiej strony mamy np. Talanta Dujshebaeva – trenera, który nie raz był karany za kontrowersyjne zachowanie podczas meczów. A obaj są przecież świetnymi fachowcami.

„Z trenerami tak samo, jak i z zawodnikami – niektórzy są spokojni, niektórzy bardzo emocjonalni. Ja współpracuję raczej z tymi drugimi i zupełnie mi to nie przeszkadza” – mówi Michał Jurecki, który sam przecież do potulnych nie należy.

Zlatko Saračević, chorwacki mistrz olimpijski z Atlanty i trener, gdy pytam go o szkoleniowca Vive Tauronu Kielce i reprezentacji Węgier, przyznaje jednak: „Są trenerzy, którzy przesadzają ze swoimi reakcjami. To na pewno nie pomaga zespołowi”. Po chwili dodaje z uśmiechem: „Ja sam mam czasem ochotę zamordować swoich chłopaków za to, co robią na boisku, ale wiem, że będę ich później potrzebował! Generalnie jestem za okazywaniem emocji. Jeśli trener siedzi na ławce z załamanymi rękami, to co taki zawodnik ma zrobić?”.

Krytykować czy motywować, oto jest pytanie

Czy trener powinien krytykować zawodników za błędy popełniane w czasie gry, czy raczej poklepywać po plecach mówiąc, że nic się nie stało i trzeba grać dalej?

Wojciech Nowiński uważa, że tak, może krytykować, choć niekoniecznie powinien to być pierwszy trener zespołu. „Na profesjonalnym poziomie sportowym (w pracy z młodzieżą wygląda to inaczej), trener asystent powinien w jakiś sposób pokazać graczowi, co zrobił źle. Nie chodzi o to, żeby go złoił, odesłał na ławkę i niech tam siedzi do końca meczu. Zawodnik musi być gotowy do następnego wejścia” – mówi – „Ale jak wcześniej narobił głupot, to ktoś mu to musi powiedzieć, żeby więcej tego nie zrobił”.

Saračević natomiast myśli nieco inaczej: „Ja jestem raczej przeciwnikiem krytyki, wolę to drugie podejście. Posadzić na ławce? Tak, ale po to, żeby zawodnik po prostu ochłonął. Niektórzy trenerzy ściągają zawodników z boiska tylko dlatego, by móc zademonstrować swoją władzę”.

A co na to wszystko zawodnicy? Adam Wiśniewski śmieje się: „Ja mam już swoje lata, swoje doświadczenie i wielu trenerów już na mnie krzyczało. Zawsze wiem, co zrobiłem źle, a co dobrze”.

Majestatycznym krokiem po piłkę

Trenerzy trenerami, ale to jednak zawodnicy są głównymi aktorami spektaklu odbywającego się na boisku. To oni muszą radzić sobie z największymi emocjami, które z jednej strony pobudzają ich do działania, a z drugiej mogą negatywnie odbić się na efektywności. Ile razy słyszeliśmy po przegranych meczach z ust piłkarzy „Przegraliśmy to spotkanie w głowach”, „Za bardzo chcieliśmy” czy „Presja nas sparaliżowała”? Jak sobie z tym radzić?

Przede wszystkim emocje muszą znaleźć ujście. „Po przegranych meczach, jak wchodzi się do szatni, jest kilka męskich słów, uderzenie ręką w szafkę, bo gdzieś te nerwy trzeba wyładować” – mówi Adam Wiśniewski. „Mnie emocjonalne reakcje pomagają utrzymać skupienie na grze” – twierdzi Andreas Wolff. Niemiecki bramkarz nie raz przykuwał na tych mistrzostwach uwagę kibiców nie tylko rewelacyjnymi interwencjami, ale i efektownymi manifestacjami radości. „Ciężko jest zachować koncentrację, gdy po obronie czekasz bezczynnie między słupkami na kolejną akcję. Uwolnienie emocji wytwarza energię, która przepływa przez moje ciało i dodatkowo mnie pobudza” – wyjaśnia Wolff.

Wielu bramkarzy reaguje w podobny sposób. Ale są i tacy, którzy zachowują się zupełnie inaczej. „Weźmy takiego Stanicia” – mówi Nowiński – „On po udanej interwencji wolnym krokiem, majestatycznie idzie po piłkę, by dać publiczności czas na to, by jeszcze raz, w wyobraźni przeżyła tę niesamowitą akcję”. Nierzadko takie reakcje negatywnie odbijają się na zespole, który przez to nie może szybko wznowić gry i wykorzystać tego, że przeciwnicy nie zdążą jeszcze ustawić się w obronie.

Najważniejsze to zamknąć poprzedni rozdział

Największym wyzwaniem dla bramkarza jest stawienie czoła sytuacji, w której nie obronił łatwej piłki. Rozmawiałam kiedyś o tym z multimedalistą olimpijskim Venio Losertem. Chorwat tłumaczył mi to w ten sposób: „Wyobraź sobie zawodnika z pola. Dajmy na to Michała Jureckiego. W fatalnej akcji rzuca piłkę tak, że bramkarz łapie ją w dwie ręce. Michał mówi sobie pod nosem ‘Ku**a! Ale s******łem, co to było?!’, ale nie bardzo ma czas dalej myśleć o swojej porażce, bo musi szybko wracać do obrony.

A teraz wyobraź sobie mnie. Stoję w bramce, ktoś rzuca z jedenastego metra taką piłkę, która nie ma prawa wpaść. A jednak wpada. Mówię sobie „O ku**a, ale zje****m!”. I co robię dalej? Wyciągam piłkę z siatki, wyrzucam ją do przodu i czekam około czterdziestu sekund na kolejną akcję. Wszyscy się na mnie gapią, a ja zastanawiam się, dlaczego zrobiłem taką głupotę.”

„Zgadza się, to bardzo trudne chwile dla bramkarza” – mówi Wolff. Reprezentant Niemiec zwykle po takich akcjach bardzo długo siedzi w bramce, zanim z powrotem stanie na nogi. „Myślę wtedy o tym, co zrobiłem źle i porównuję to do analiz wideo, przygotowując się do kolejnych interwencji. Potrzebuję tego czasu, by zamknąć pewien rozdział gry, uzmysłowić sobie, że już niczego nie zmienię i teraz muszę wziąć się w garść, by kolejnymi paradami odkupić swój błąd” – tłumaczy.

Emocjonalny język ciała

Emocjonalne reakcje nie były kiedyś tak powszechne jak teraz. Wojciech Nowiński uważa wręcz, że jest to wyraz mody. „Uzewnętrznianie swoich uczuć jest ostatnio na czasie. Zawodnik, który zdobywa bramkę i potem przez dziesięć sekund w jakikolwiek sposób, np. wygrażając pięścią całemu światu albo robiąc samolot, pozostaje w centrum zainteresowania kibiców, maksymalnie wydłuża sobie moment chwały” – tłumaczy. „Na ile oni to robią, bo pomaga im to wyrzucić z siebie emocje i skupić się na grze, a na ile jest to aktualnie panująca moda, nie wiem. Ale ileś tam lat temu nikt nie biegał po boisku i nie robił samolotów. Niemałą rolę na pewno odegrały tu media, które kochają takie gesty” – dodaje Nowiński.

Tezę tę potwierdza Saračević. „Sport to teraz jeden wielki showbiznes. Potrzebuje emocji, bo są widowiskowe. Wydaje mi się, że cały ten trend został zapoczątkowany przez drużyny kobiece w Skandynawii. Ale to nie znaczy, że wcześniej nie robiliśmy żadnych gestów, ja np. po zdobytej bramce lubiłem wykonać piruet” – śmieje się Chorwat.

Saračević przyznaje, że sam, jako trener, nakłania swoich zawodników do emocjonalnego reagowania. „To swego rodzaju język ciała, którym porozumiewasz się z publicznością, rywalami, ale także członkami drużyny. Możesz w ten sposób powiedzieć rywalom „Ha! Zobaczcie, co właśnie zrobiłem. Bójcie się!”, zmotywować kolegów z zespołu, a publiczności dostarczyć dodatkowych efektów wizualnych.

Samolocik z przypadku

Mistrzem spektakularnych reakcji jest bez wątpienia Michał Jurecki. Zawsze zastanawiało mnie, czy on w ogóle wie, co robi na boisku, gdy emocje biorą w nim górę. „Wszystko kontroluję i zawsze wiem, co robię” – uśmiecha się nasz czołg – „Ostatnio akurat tak się stało, że przeskoczyłem przez bandę (w meczu z Norwegami – przyp. red.). Śmiałem się, że mogłem jeszcze telemarkiem wylądować!”.

Dzidziuś bardzo często nawiązuje interakcję z kibicami, wykorzystując odległość, którą po zdobytej bramce musi pokonać, by powrócić do obrony, na zachęcanie do głośniejszego dopingu. W Kielcach, podczas meczu o dziką kartę Ligi Mistrzów, zdarzyło mu się nawet wskoczyć na bandę reklamową i krzyczeć do kibiców. „Wszyscy wiedzieliśmy, o co wtedy gramy. Chciałem cieszyć z publicznością, bo bardzo mocno nas wspierała” – wspomina Jurecki.

Zawodnik zawsze wie, kiedy może sobie pozwolić na emocjonalne gesty: „Czasami jest tak, że po zdobytej bramce nie cieszę się tak, jak zawsze i biegnę szybko do obrony. Nie ma na to czasu, bo gra szybko toczy się dalej”. To samo przyznaje Gadżet, który po udanej akcji lubi wykonać samolocik: „Jak widzę, że ktoś biegnie już z piłką w stronę naszej bramki, to szybko opuszczam ręce i biegnę do obrony. Nawet nie wiem, skąd mi się ten samolocik wziął. Chyba z przypadku, robię go nieświadomie, jak jest chwila, żeby się chwilę pocieszyć. Jeśli nie, to natychmiast wracam”.

Wsparcie z ławki

Zlatko Saracević wspomniał, że bardzo ważne jest dzielenie się emocjami z kolegami z zespołu. Często widzimy zawodników przybijających sobie piątki po udanej akcji, czy poklepujących się wzajemnie po nieudanej. Obserwujemy wybuchowe reakcje całej ławki – w tym elemencie najbardziej konsekwentni są chyba Niemcy. Andreas Wolff przyznaje, że bardzo mu to pomaga. „Kiedy cała drużyna cię dopinguje, to tracisz poczucie niepewności, wiesz, że jesteś dobry. To bardzo mocno działa na psychikę” – tłumaczy. „Ważna jest także rozmowa. Czasem z ławki widać więcej, niż z boiska i koledzy mogą ci wiele podpowiedzieć” – dodaje.

Michał Jurecki zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt żywiołowych reakcji z boku. „Za chwilę ci, którzy siedzą, mogą wejść na parkiet. Wtedy potrzebne jest to, by czuli atmosferę meczu, by byli w nim jeszcze zanim faktycznie pojawią się w grze” – wyjaśnia.

Historyczna gąsienica

Emocjonalne reakcje całej drużyny mogą także przejść do historii. W piłce ręcznej takim przykładem jest chorwacka gąsienica. Nie mogłam nie skorzystać z okazji zapytania o kulisy jej powstania Zlatko Saračevicia, będącego w gronie zawodników, którzy wykonali ją po raz pierwszy.

„To było w Atlancie, w 1996 roku, po wygranym w ostatnich sekundach meczu z Rosją. Božidar Jović uklęknął jako pierwszy, a my wszyscy stanęliśmy za nim i zaczęliśmy go naśladować” – śmieje się Saračević – „Potem powiedział nam, że zobaczył to w jakimś filmie, ale do tej pory nie mam pojęcia, co to był za film!”.

Od tamtej pory reprezentacja Chorwacji świętowała w ten sposób każde zwycięstwo w Atlancie, a później każdy ważniejszy mecz, półfinały lub finały dużych imprez, a także starcia np. ze Szwecją czy z Niemcami. Sami zawodnicy nazwali ten sposób celebracji małym pociągiem, ale kibice przyglądający się mu z boku porównali go do gąsienicy. I tak też zostało. Dzięki temu gąsienica została w 2009 roku maskotką mistrzostw świata w Chorwacji.

Później, gąsienicę przyjęło także młode pokolenie Chorwatów. Z ciekawością wyczekiwałam jej po nieprawdopodobnym zwycięstwie nad Polską, które otworzyło im wrota do półfinałów EURO 2016, ale nie doczekałam się. Może Domagoj Duvnjak i spółka padną na kolana, jeśli uda im się w meczu o trzecie miejsce pokonać Norwegię.

Ktoś musi przegrać, by ktoś mógł wygrać

Zdaje się, że emocje to równie ważna sprawa dla sportowca, co wyszkolenie techniczne i fizyczne. Umiejętność ich kontrolowania jest tym, co odróżnia zawodnika dobrego od gwiazdy. Pytanie brzmi: jak zweryfikować to, czy ktoś sobie z nimi radzi? Ilością zdobytych bramek? Czasem spędzanym na boisku?

Każdy reaguje inaczej. Jeden będzie emocje manifestował, drugi będzie je w sobie chował. Nie wszyscy bowiem są ekstrawertykami. Spójrzcie na Karola Bieleckiego. Czy to, że nie skacze po bandach jak Dzidzia, zamyka mu drogę do nazwania go gwiazdą piłki ręcznej? Choć trzeba przyznać, że w ostatnich latach jego ekspresja bardzo się zmieniła. Ale to już zupełnie inna historia.

Hasło tego turnieju brzmi „Poczuj emocje”. Jestem pewna, że wszyscy – zawodnicy, trenerzy, kibice, dziennikarze – je poczuliśmy. Wyniki wynikami. Ktoś musi przegrać, żeby ktoś inny mógł wygrać. Nigdy nie będzie samych zwycięzców. A emocje będą zawsze. I na tym właśnie polega piękno sportu.

written by Magda Pluszewska