Aktualności
presented by

Blog

15/01/2016

Metamorfoza Michaela Bieglera – najwyższy czas poczuć emocje!

O tym, że sportowiec to też człowiek

  • Photo: Stephane Pillaud

„W zeszłym roku, na konferencji przed wyjazdem do Kataru, powitałem dziennikarzy po polsku. Przyniosło nam to szczęście, dlatego teraz postanowiłem zrobić to samo” – tymi słowami Michael Biegler rozpoczął swoje przemówienie na środowym spotkaniu prasowym w Krakowie. Z trudem czytał treść wystąpienia z kartki, kalecząc przy tym strasznie wymowę polskich wyrazów, ale robił to tak uroczo, że natychmiast na twarzach wszystkich zebranych w sali osób pojawiły się szerokie uśmiechy. Gdy skończył, jego wysiłek nagrodzono gromkimi brawami.

To niesamowite, jaką metamorfozę przeszedł na przestrzeni minionych lat. Zaczął się uśmiechać, żartować, dużo chętniej rozmawia i cierpliwie odpowiada na najbardziej uszczypliwe pytania dziennikarzy. „To normalne, że na początku ludzie podchodzą do siebie z dystansem. Najpierw trzeba zbudować zaufanie, a ono nie przychodzi od tak, z dnia na dzień” – wyjaśnia Biegler.

„Nie jestem osobą, która promienieje radością do każdego, kogo spotka. Trzymam się raczej na uboczu i obserwuję. Czekam. Relacja pomiędzy dwojgiem ludzi nie rodzi się momentalnie, zaraz po tym jak obok siebie usiądą. A śmiałem się zawsze, ale tylko z zabawnych pytań!” – uśmiecha się szkoleniowiec biało – czerwonych.

Pamiętam, gdy spotkałam go po raz pierwszy. To było w Hiszpanii, podczas mistrzostw świata w 2013 roku, na jednym z briefingów naszej reprezentacji. Trochę się go wtedy wystraszyłam – jego kamienna twarz raczej nie zachęcała do pogawędki. Był wycofany, zamknięty w sobie, cichy i stał samotnie w dużym pomieszczeniu pełnym ludzi. Tylko najodważniejsi dziennikarze decydowali się na przeprowadzenie z nim wywiadu.

Ja? Absolutnie! Ja byłam wtedy strachliwym żółtodziobem! Mój niemiecki nie był najlepszy, a trener niezbyt chętne rozmawiał w języku angielskim. Niemniej jednak, zaintrygował mnie i od tamtej pory starałam się go rozgryźć.

Gdy tylko było to możliwe, chodziłam na treningi kadry. Mówił sporo po niemiecku. Chłopcy bez przeszłości w Bundeslidze nic a nic go nie rozumieli. Nasz drugi trener, Jacek Będzikowski i zawodnicy, którzy znali język, tłumaczyli wszystko na bieżąco. Oczywiście zaburzało to płynność zajęć, ale każdy i tak starał się jak najlepiej wykonywać swoje zadanie.

A teraz? Teraz Michael Biegler zwołuje chłopaków polskim „Zaczynamy”, używa podstawowych zwrotów typu „Bardzo dobrze” czy „Dziękuję”, a z większością zawodników porozumiewa się po angielsku.

Ale wtedy, w Hiszpanii, nasz zespół odpadł zaraz po fazie grupowej. Przegraliśmy z Węgrami w paskudny sposób 19:27. To była totalna katastrofa. Chłopcy próbowali wszystkiego, ale ich walka z przeciwnikami przypominała starcie Dawida z Goliatem. Z tym że w tamtej wersji to Goliat zwyciężał. Porażka nie postawiła trenera w dobrym świetle i sprawiła, że musiał stawić czoła trudnym pytaniom dziennikarzy.

Żeby było jasne, ja nie chcę oceniać jego umiejętności, ani obranej taktyki. Jest mnóstwo ludzi, którzy są do tego uprawnieni dużo bardziej niż ja. Wydaje mi się tylko, że często zapominamy o tym, że zarówno zawodnicy jak i trenerzy to zwykli ludzie, tacy jak my. Mają swoje lepsze i gorsze momenty, mają swoje problemy i prawo do popełniania błędów. Jedyna różnica polega na tym, że o naszych niepowodzeniach wiemy tylko my sami i nasi najbliżsi, a potknięcia sportowców komentowane są przez tysiące osób.

Bogdan Wenta to żyjąca legenda piłki ręcznej. Człowiek, który od zera zbudował zespół i zrobił z niego solidną światową markę. Za jego czasów gra w reprezentacji była jednak rzeczą ekskluzywną. Młodzi zawodnicy mieli nikłe szanse przedrzeć się przez ciężkie wrota kadry. Może m.in. dlatego po ogromnym sukcesie drużyna zaczęła odnotowywać straty.

Michael Biegler nieco uchylił drzwi i dlatego teraz możemy śledzić poczynania Michała Szyby, Michała Daszka czy Przemka Krajewskiego. Z zaciekawieniem oglądamy występy braci Gębalów i Maćka Majdzińskiego. Szkoleniowiec nie chce jednak żadnego z nich nazwać swoim odkryciem.

„Wielu moich kolegów po fachu mówi <<Ja to odkryłem tego i tamtego, wypracowałem to i to>>. Ode mnie pani tego nie usłyszy” – mówi mi trener – „Jestem bardzo szczęśliwy, że młodzi zawodnicy tak się rozwinęli. Wszyscy jesteśmy. Oni są przyszłością tej drużyny, a dla mnie najistotniejszą sprawą było to, że mogliśmy z nimi pracować od samego początku, zaraz po objęciu przeze mnie tej posady”.

W środę Michael Biegler wezwał dziennikarzy i kibiców do jednoczenia się z zespołem. „Proszę, po prostu ich wspierajcie. A ja? Ja jestem już starym człowiekiem i wasze presja nie stanowi dla mnie problemu” – śmiał się – „Zawsze biorę odpowiedzialność na własne barki. Staram się sprostać wymaganiom najlepiej, jak potrafię. Czasem to wychodzi lepiej, czasem gorzej. Mam nadzieję, że tym razem będzie lepiej!”.

Trener to w sumie niewdzięczne stanowisko. Zawsze obrywa najwięcej. Pewnie słusznie, bo jakby nie było, to on podejmuje decyzje taktyczne, personalne i kreuje atmosferę w zespole. My, obserwatorzy, nigdy nie będziemy mieli pełnej informacji o tym, co tam się w środku dzieje. Możemy się tylko przyglądać, węszyć i wyciągać własne wnioski.

Bardzo się cieszę, że chłopcy są tak mocno skupieni na celu, który przed nimi stoi. Że skoczą za sobą w ogień, że będą walczyć do końca, zostawiając na parkiecie serca i dusze. By Polska mogła być z nich dumna. I jestem pewna, że każda z drużyn ma takie samo podejście.

Wspierajcie więc swoje zespoły. Zaakceptujcie ich składy, silne i mocne strony. Bez względu na to, kto ostatecznie założy koszulkę z flagą Waszego kraju, zrobi wszystko, by wygrać każdy kolejny mecz, każdy punkt, każdą pojedynczą akcję. Zajmijcie miejsca w halach, strefach kibica czy przed telewizorami i cieszcie się dwutygodniowym spektaklem, wystawianym jednocześnie na czterech scenach w Polsce. Poczujcie emocje razem z tymi niesamowitymi facetami!

Zdjęcie: Grzegorz Trzpil

written by Magda Pluszewska